Wyprawy
 
Formularz kontaktowy

Aktualnie znajdujesz się na: Strona główna | Wyprawy

Wyprawy

1. Ameryka Południowa
Licancabur

REKORD ŚWIATA W NURKOWANIU GÓRSKIM

Po 5 tygodniach w Chile i Boliwii wróciliśmy do Polski z rekordem świata, ale po kolei... Wyruszamy do Chile 8 lutego 2009 z konkretnym celem: pobicia rekordu świata w nurkowania na wysokości. Od kilku lat marzyłem o nurkowaniu w kraterze wulkanu Licancabur, w środku którego znajduje się najwyżej położone jezioro na świecie (5916 m.n.p.m). Sam wulkan i jezioro spowite są zasłoną tajemnicy i występują w wielu legendach indiańskich. Jedna z nich opowiada o dwóch młodzieńcach, Licancaburze i Juriquesie, którzy pokochali tę samą kobietę, księżniczkę Quimal. Księżniczka oddała swe serce Juriquesowi, lecz jej ojciec, książę Lascar, przyrzekł jej rękę temu drugiemu. Podczas nocy poślubnej Quimal wyznała Licancaburowi, że jest w ciąży. Rozżalony młody małżonek powiedział o tym ojcu księżniczki, ten wpadł w gniew i kazał ściąć Juriquesowi głowę. Jednak ta tragiczna historia ma swój happy end. Każdego ranka Juriques obejmuje swym cieniem Quimal. Licancabur zaś w ukryciu ronił łzy, które z czasem stały się jeziorem wypełniającym krater. Indianie wierzą, że kto zakłóca spokój Licancabura, tego dosięgnie jej zemsta. Postanawiamy zaryzykować... Wcześniej jednak w ramach aklimatyzacji wspinamy się na wulkan Toco 5600 m.n.p.m oraz legendarnego rywala Licancabura - wulkan Juriques 5700 m.n.p.m. Olbrzymi krater Juriquesa robi na nas duże wrażenie. Faktycznie z odległości kilku kilometrów szczyt krateru wydaje się być ścięty jak głowa młodzieńca z legendy.

Głównym obszarem naszych działań w Chile i Boliwii jest Pustynia Mglista czyli Atacama, która uważana jest za najsuchszy rejon świata. W niektórych jej rejonach od ponad 400 lat nie spadła ani jedna kropla wody. Dzieje się tak m. in. za sprawą inwersji termicznej - zjawiska, które sprawia, że nad obszarem środkowej Atacamy nie tworzą się chmury. Ze względu na brak wilgoci w powietrzu widoczność może sięgać tu nawet 300 km, a widoki są oszałamiające...

Podczas naszej ekspedycji wybramy się również do słynnej Doliny Księżycowej i Doliny Śmierci a także do najwyżej położonych gejzerów na świecie - El Tatio (4300 m.n.p.m)

Po kilkudniowym zwiedzaniu okolic miasteczka San Pedro de Atacama, jedziemy do pobliskiej Boliwii.

Wspinaczkę na Licancabur rozpoczynamy 20 lutego o godzinie 3 w nocy. Ze względu na idealną pogodę zapowiadaną na ten dzień przez synoptyków, postanawiamy przeprowadzić całą akcję górską wraz z nurkowaniem w ciągu jednej doby. Zabieramy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, których ciężar i tak przekracza 20 kilogramów na głowę. Wnosimy zdublowany sprzęt nurkowy i akcesoria alpinistyczne, trochę wody i żywności. Ze względów bezpieczeństwa ( okolice wulkanu są zaminowane od strony chilijskiej) wyruszyliśmy w towarzystwie przewodnika. Na szczyt wybieraj się również 3 Chilijczyków i francuski alpinista. Pomimo olbrzymiego ciężaru na naszych plecach zatrzymujemy się na odpoczynek raz na 2 godziny. Około południa Chilijczycy dają nam znać, że odpuszczają i żegnamy się z nimi przez radio.

Pomimo niesamowitych widoków, które nas otaczają rzadko mamy okazję żeby je podziwiać. Jesteśmy skoncentrowani na podejściu, ze wzrokiem wbitym w skały. Po morderczej walce z ciężarem plecaków docieramy na szczyt o 14.30., decydując się od razu na nurkowanie, co było wyzwaniem samym w sobie. Schodzimy do wnętrza krateru. Po kilkunastu minutach stajemy nad brzegiem jeziora, widok jest nieziemski. Jezioro ma wymiary ok. 90 na 70 metrów. Krater wulkanu wymiarami przypomina Coloseum lub stadion piłkarski z olbrzymimi trybunami na których zasiadają członkowie naszej wyprawy. Niskie ciśnienie (460 Hpa) sprawia, że potrzebuję ok 30 kg balastu, żeby zatopić suchy neoprenowy skafander i kompozytowe butle. Po kilku minutach od zanurzenia mam awarię automatu i muszę wypłynąć. Błyskawiczna zamiana automatów i mogę kontynuować nurkowanie. Jezioro w kraterze niepodobne jest do żadnego innego zbiornika jaki do tej pory widziałem. Struktura dna jest niezwykła. Złoto-cytrynowy „piasek” jest pochodzenia organicznego to pozostałości po maleńkich skorupiakach, które zamieszkują jezioro. Cały zbiornik usiany jest różnej wielkości skałami od małych odłamków po kilkunastotonowe skały o przedziwnych formach. Skały te w ciągu milionów lat odrywały się od komina krateru i wpadały z impetem po urwistym zboczu do jeziora. Tego dnia w miejscu w którym siedzieli moi towarzysze zdarzył się właśnie taki przypadek. Kilkutonowa skała stoczyła się do jeziora w miejscu gdzie odpoczywał nasz przewodnik, który cudem tylko uniknął śmierci odciągnięty na bok przez Łukasza. Jednak to nie skały na dnie jeziora zrobiły na mnie największe wrażenie lecz niewielkie ok. 5 milimetrowe żywe organizmy, których przy dnie jeziora pływały miliony. Zastanawiałem się w jaki sposób te maleńkie zwierzęta skolonizowały tak niegościnny i niedostępny akwen, gdzie radiacja jest porównywalna z marsjańską ? Zestawienie planety Mars i wulkanu Licancabur jest w tym miejscu nieprzypadkowe. Licancabur był kilka lat temu obiektem badań NASA, która testowała w kraterze i samym jeziorze elementy aparatury mającej na celu zbadanie czerwonej planety. Naukowcy z NASA zebrali i zbadali próbki wody odkrywając w jeziorze kilka zupełnie nowych endemicznych gatunków flory i fauny. Jezioro Licancabur jest pełne życia, tysiące drobnych skorupiaków nieustannie krąży po całym zbiorniku. Przy samym dnie, przyklejone do skał leżały kokony czerwonej galaretowatej substancji, która być może była formą inkubatora dla nowego pokolenia skorupiaków. Zbieram do pojemników próbki wody zawierające kokony, osad denny oraz żywe organizmy. Podczas pierwszego 40 minutowego nurkowania, udaje mi się opłynąć kilkukrotnie całe jezioro ustanawiając rekord świata, który należał wcześniej do zdobywcy podwójnej Korony Ziemi, słynnego himalaisty i płetwonurka Ricardo Torresa Navy, który w 2005 roku poprawiając rekord Boliwijczyków zanurkował 2 krotnie w jeziorze na 7 i 11 minut. Wyczyn ten został zapisany w księdze rekordów Guinnessa jako nowy rekord świata z czasem łącznym 18 minut.

Po 40 minutach spędzonych pod wodą wynurzam się po aparat fotograficzny. Czuje się dobrze wiec postanawiam zejść na dno zbiornika jeszcze na 25 minut. Tabele dekompresyjne nie przewidują nurkowania powyżej 3000 metrów więc, te nurkowania, zważywszy na wysokość - prawie 6000 metrów i czas spędzony pod wodą - ponad godzin można nazwać eksperymentalnym. Po zakończeniu nurkowania jestem bardzo wyczerpany, ale nie mam żadnych oznak choroby dekompresyjnej. Jest już bardzo późno i chcąc przed nocą dotrzeć do bazy musimy włączyć 2 bieg, co z gigantyczną wagą naszych plecaków nie jest łatwe. Idę najwolniej i zostaję daleko w tyle. Łukasz czeka na mnie ok godziny na wysokości 5300 m. Brak ruchu spowodował, że palce przymarzły mu do kijów trekkingowych. Przebieramy się w cieple ubrania i pędzimy w dół. Robi się ciemno i bardzo wietrznie. Jako ostatni docieram do pickupa, grubo po 21 czasu boliwijskiego. Wszyscy jesteśmy skonani i zmarznięci, termometr wskazywał już -20 stopni C. Po 15 godzinach niedźwiedziego snu w schronisku pod Licancaburem wyjeżdżamy z Boliwii. Na granicy Boliwijski-chilijskiej czekała nas smutna niespodzianka. Policja graniczna skonfiskowała nam próbki skał i osadów, które zebrałem w jeziorze. Mieliśmy świadomość, że do Chile nie można wwozić żadnych rzeczy pochodzenia organicznego. Na nic tłumaczenia, że próbki będą wykorzystane do badań naukowych. W San Pedro w którym wcześniej mieszkaliśmy informacje o naszym sukcesie rozniosły się lotem błyskawicy. Mieszkańcy przegotowali fiestę z tej okazji. Kolejnego dnia pod naszym hotelem ustawiła się grupka dziennikarzy. W radio, telewizji i gazetach informowano o sukcesie Polaków i nowym rekordzie świata.

Ps. Nasze internetowe poszukiwania najwyżej położonego zbiornika wodnego na Ziemi sprawiły, że naszym pierwotnym celem był akwen położony gdzieś po argentyńskiej stronie, na zboczu masywu Ojos del Salado na wysokości 6390 m. Niestety nikt z przewodników górskich prowadzących trekking na Ojos del Salado nie był w stanie określić nawet przybliżonego położenia tego akwenu, który wg autora strony www. highestlake.com ma ok 100 metrów obwodu, czyli ok 25 metrów długości. Uzyskaliśmy kilka niezależnych informacji, że w okresie letnim tworzą się na Ojos del Salado krótkotrwałe kałuże o podobnych rozmiarach nawet na wysokości 6700 metrów, lecz ich głębokość nie przekracza metra. Tak więc nurkowanie w nich byłoby fikcją.

 

2. Europa
Matscherjochsee

Po powrocie z „Ekspedycji Licancabur” nie mogliśmy się już doczekać kolejnej wysokogórskiej wyprawy nurkowej, którą zaplanowaliśmy już w Chile.

Druga z 7 planowanych wypraw odbyła się w sierpniu 2009 r., a jej celem była eksploracja najwyżej położonych alpejskich jezior. Nasze plany nurkowe obejmowały 2 najwyżej położone jeziora w Europie; Matscherjochsee 3185 m.n.p.m i Schwarzsee 2800 m.n.p.m) oraz nurkowanie szwajcarskiej rzece Verzasca.

Z dziennika podróży….

Po całonocnej jeździe docieramy do Austrii i kierujemy się do miejscowości Solden, która w okresie zimowym jest oblegana przez narciarzy i snowboardzistów. Nasz pierwszy cel to jezioro Schwarzsee (drugie pod względem wysokości jezioro w Europie). Na nurkowanie w Schwarzsee przeznaczamy 2 dni, podczas których eksplorujemy cały akwen. Przy pomocy sondy odszukujemy maksymalną głębokość (30 metrów) i dajemy nura. Widoczność w jeziorze nie jest rewelacyjna, ale podwodne skalne ściany robią na nas wrażenie. Lądujemy na dnie, krajobraz jak na pustyni, gdyby nie kawałki skał mielibyśmy wrażenie, że nurkujemy w mazurskich akwenach. Po chwili miła niespodzianka, pojawiają się pstrągi, które zostały tu wpuszczone kilkanaście lat temu. Większości z nas wydaje się, że woda w jeziorach wysokogórskich i wpadających do nich potokach jest krystaliczne czysta. Niestety biały kolor wody nie zdradza jej chemicznego składu. W ciałach pstrągów zamieszkujących w Schwarzsee wykryto duże stężenie owadobójczego środka DDT, który nie jest w Europie używany od ćwierć wieku. Jak to możliwe, że ten środek znalazł się w organizmach ryb ? W Sudanie i Egipcie nadal jest stosowany w walce z szarańczą. Paruje z roślin i wraz z wiatrem przenosi się nad morzem Śródziemnym docierając do Alp. Tam wraz z deszczem i śniegiem ląduje w potokach i wysokogórskich jeziorach...

Po małej „aklimatyzacji nurkowej” ruszamy do Włoch w poszukiwaniu naszego głównego celu - jeziora Matscherjochsee. Późnym wieczorem kierowani przez GPS dojeżdżamy do regionu Vinschgau w Południowym Tyrolu. Dowiadujemy się, że nad nasze jeziorko możemy najłatwiej dostać się wjeżdżając do doliny Matschertal. W nocy docieramy do doliny i rankiem ruszamy w góry.

Mając do dyspozycji prostą mapę i GPS po 4 godzinach drogi przez las i dolinę, targając na plecach cały ekwipunek nurkowy i alpinistyczny docieramy do podnóża interesujących nas szczytów i tu zaczęły się pierwsze problemy. GPS pokazywał co innego niż mapa w dodatku zmieniał zdanie co kilka minut, dezorientując nas. Rozdzielamy się na 2 grupy wspinając się pionowymi ścianami w poszukiwaniu naszego jeziora. Późnym popołudniem wraz z Łukaszem docieram do szczytu Freibrunner (3355 m.n.p.m) wypatrując jeziora. Wg mapy gdzieś pomiędzy Freibrunner a Rabenkopf (3393 m.n.p.m.) znajdowało się nasz zbiornik. I tak było tyle tylko, że z innej strony góry. Zrezygnowani schodzimy w dół niosąc na plecach cały majdan do nurkowania.

Nazajutrz wczesnym porankiem opuszczamy Glieshof i pędzimy do naszej doliny. Tak samo jak wczorajszego dnia rozdzielamy się na 2 grupy, zwiększając naszą szansę na odnalezienie małego jeziorka. Nie poruszamy się turystycznym szlakiem, Yeti i Magda wyznaczają trasę w kierunku szczytu Rabenkopf ( 3393 m.n.p.m.) a ja z Łukaszem podchodzimy pod Freibruner Spitze. Około 14.00 Łukasz dowiaduje się przez krótkofalówkę od Yetiego, że po wejściu na prawy wierzchołek nie widzi zbiornika jeziora, oznaczać to mogło tylko tyle, że akwen znajduje się naprzeciwko nas jakieś 200 metrów wyżej. Skonani po morderczym podejściu z nową siłą ruszamy w górę. Po zejściu na lodowiec ok. 16.00 Yeti żegna się z nami i schodzi do doliny. Umawiamy się, że kończymy całą akcję przed 19.00 tak, żebyśmy mieli szansę bezpiecznie zejść w dół. Obładowani jak wielbłądy przedzieramy się przez skalny gruz i kamienne bloki. Ok. 19 docieramy do wypłaszczenia, ubieramy raki i przechodzimy przez lodowiec. Z odległości 100 metrów widzimy już zarys jeziorka, które schowane było za skalną ścianą. Jest już późno, słońce pomału zbliża się do linii horyzontu. Potwornie zmęczeni stajemy wreszcie nad brzegiem Matscherjochsee. Jest piękne. Całą nieckę od strony doliny trzyma ściana skalna, która opada pionowo o jakieś 100 metrów. Jeziorko wypełnione jest wodą z topniejących lodowców, która kilkoma strumieniami z impetem spływa do doliny. W pośpiechu składam sprzęt i daję nura. Z powierzchni, woda wydawała się bardziej klarowna. Jej przezroczystość nie jest większa niż 2 metry a dno jest bardzo muliste. Staram się odszukać jakiekolwiek ślady życia. Jest jak na pustyni. Od drobnego piaski, poprzez żwir i większe kamienie po duże kawałki skał o które obijam się przepływając pomiędzy nimi. Przezroczystość jest coraz słabsza maksymalnie na metr. Jestem prawdopodobnie w najgłębszym miejscu tego zbiornika. Po opłynięciu całego zbiornika, który przypomina rogal (wymiary ok. 100 x 40 m) wypływam na powierzchnię. Łukasz w tym czasie robi serię zdjęć jeziora i okolicznych szczytów śmiejąc się, że w takich warunkach to można pracować. Wysokość od której nie ma zawrotów głowy, można normalnie oddychać nie ma nudności. Pospiesznie składamy sprzęt i schodzimy w dół zupełnie inną trasą niż wchodziliśmy. W odbiciu światła naszych czołówek co jakiś czas widzimy 2 czerwone punkciki, to oczy kozic górskich, które z oddali bacznie nam się przyglądają. Po 2 godzinach docieramy do doliny, gdzie spotykamy Yetiego, który miał już organizować akcję poszukiwawczą. Mocno zmęczeni i głodni docieramy do Glieshofu. Nazajutrz wita nas już Szwajcaria i dolina Verzasci z olbrzymią tamą z której w filmie Golden Eye skakał nie kto inny tylko sam James Bond ! Na tamie wybudowana jest platforma do skoków na bungyee, jedna z najwyższych na świecie (220 metrów). Około południa docieramy do miejscowości Lavertezzo. Tu dajemy nura w meandrach pięknej rzeki Verzasca. Przy okazji wymyślamy nowy sport: wspinaczkę podwodną.?Zakładamy raki, bierzemy czekany i próbujemy swych sił na podwodnych ścianach. Jest kupa śmiechu bo prąd znosi nas w dół koryta. Niemcy, którzy wchodzili z nami do wody, patrzą z niedowierzaniem. W Verzasce nurkujemy 2 krotnie, (max głębokość 12 metrów) zachwycając się podwodnymi widokami. Niestety czas płynie szybciej niż woda w tej rzece i musimy wracać do Polski.

Wyprawa jest w pełni udana a ekipa bardzo zadowolona. Żegnamy się ze Szwajcarią i Południowym Tyrolem, wierząc, że kiedyś jeszcze tu wrócimy, ale kiedy ? Jest jeszcze tyle niesamowitych miejsc. Nasze najbliższe plany są związane z kontynuacją projektu „Korony Jezior Ziemi”. Następna relacja z meksykańskiego Jeziora Słońca – najwyżej położonego jeziora w Ameryce Północnej.

 

3. Ameryka Północna
Lake of the Sun

Wszechogarniający hałas, ciężka, ospała atmosfera i smog – to wizytówka stolicy Meksyku. Poruszając się samochodem po tej olbrzymiej metropolii, trzeba mieć wiele czasu i cierpliwości. Szybko traciliśmy jedno i drugie, spędzając długie godziny w korkach w drodze do...jedynego centrum nurkowego w mieście liczącym ponad 25 milionów mieszkańców.

Ogrom miasta, bujna historia jego mieszkańców i architektura robi na wszystkich duże wrażenie, jednak te atrakcje zostawiamy sobie na koniec wyprawy, koncentrując się teraz na odnalezieniu ulicy na której znajdują się nasze zamówione butle i balast. Ta „koncentracja na odnalezieniu ulicy” nie zasługiwałaby na podkreślenie gdyby nie fakt, że w stolicy Meksyku jest bardzo wiele ulic, które noszą tę samą nazwę ( np. ulic noszących imię Pancho Villa jest w tym mieście ponad 100).

Wiele ulic, wielu ludzi, niewielu nurków – tak o Meksyku w telegraficznym skrócie opowiada nam Alejandro Carrera- instruktor nurkowania i biolog morski, właściciel centrum nurkowego „Cetus”, które ma swoisty monopol na nurkowanie w tym mieście.

„Maniana” to ulubione słówko Latynosów, które nam również się podoba, lecz chcąc zrealizować nasze górskie i nurkowe plany nie możemy przekładać wszystkiego na jutro. Opóźnienie, które wynikło z chwilowego braku zaworów DIN, zrekompensował nam Alejandro opowiadając ciekawe historie związane z naszym głównym celem podróży - najwyżej położonym jeziorem w Ameryce Północnej, świętym azteckim Jeziorem Słońca.

Zasłyszane przez nas już w Polsce legendy o zatopionym w tym akwenie złotym skarbie Azteków i historie opowiedziane przez „Alexa” na temat przeprowadzanych badań archeologicznych w kraterze wulkanu Xinantecatl (Nevado de Toluca) i w samym Jeziorze Słońca, znajdującym się wewnątrz wulkanu, rozpaliły jeszcze mocniej naszą wyobraźnię.

Kolejny dzień spędzamy na podróży i rekonesansie parku narodowego leżącego u stóp wulkanu Nevado de Toluca, którego oryginalna indiańska nazwa to Xinantecatl.

Ten potężny stratowulkan majestatycznie wznosi się ponad 4680 m.n.p.m. a jego ośnieżone stoki stanowią niesamowity kontrast dla płaskich zielonych pól uprawnych i półpustynnego krajobrazu okolic samej góry, która swoją hiszpańską nazwę przejęła od miasta Toluca leżącego kilkanaście kilometrów od wulkanu.

Zapach sosnowego drewna oraz dużo niższa temperatura poprawia nam humory. Widoki są iście alpejskie. Pomimo sporej wysokości jest czym oddychać, a świeże, rześkie powietrze dodaje nam sił w traganiu ciężkiego ekwipunku.

Krater Xinantecatl ma 1,5 km średnicy. Ostatnia erupcja tego wulkanu miała miejsce ok. 3 tys lat temu, dlatego wulkan ten uważany jest za uśpiony lecz niewygasły. Nie zmienia to faktu, że ziemia trzęsie się w tych okolicach systematycznie, o czym przed wyprawą informował nas polski antropolog i dziennikarz na stałe mieszkający w Meksyku - Jerzy Suchocki.

Dotarcie ze sprzętem nurkowym do samego jeziora wymaga kilkugodzinnego trekkingu ponad kalderą wulkanu. Droga nie jest zbyt wymagająca technicznie. Rozpoczynamy marsz z wysokości ok 4000 m.n.p.m. Przechodząc przez niewielki lodowiec stajemy w końcu na krawędzi potężnego krateru. W dole, kilkaset metrów niżej rozciąga się niesamowita panorama na święte jezioro Azteków, w którym Indianie kilka wieków temu składali ofiary z kadzidła, wiklinowych ozdób, ceramiki, obsydianowych narzędzi a także ludzi...

Ofiary te były poświęcane jednemu z najważniejszych bóstw całej Mezoameryki- Tlalocowi, który jest bogiem deszczu i pioruna.

Tlaloc dzisiaj mógłby być patronem płetwonurków, miał przecież władzę nad wszystkimi wodami (deszczem, rzekami, jeziorami). Kojarzono go także z licznymi związanymi z wodą zjawiskami przyrodniczymi; wirami wodnymi, głębinami, występującymi w czasie deszczu piorunami a także z muszlami, koralowcami i rybami. Co ciekawe przedstawiany był zazwyczaj w masce z charakterystycznymi dużymi pierścieniami wokół oczu a w ręku trzymał błyskawicę. Skojarzył nam, się z polującym płetwonurkiem z trójzębną kuszą. Jego pomocnikami byli Tlalocy - bóstwa deszczu, jego synowie lub bracia. Jak wierzono, używali oni czterech rodzajów naczyń - woda z jednego powodowała deszcz, z innego suszę itd. Gdy naczynia te pękały, rozlegał się grzmot.

Grzmot rozległ się również pierwszego dnia naszego pobytu w królestwie Tlaloca, rzęsisty deszcz i grad spada nam na głowy, studząc nasze zapędy do nurkowania. W strugach deszczu, zawracamy żegnając się z Tlalockiem na kilka godzin. Znając już trasę i potrzebny czas na dotarcie do jeziora, postanawiamy wrócić tu bladym świtem.

Kolejny dzień wita mas słonecznie, na niebie ani jednej chmurki, taka prognoza w górach na tej wysokości niestety nie oznacza nic. Pogoda może załamać się w ciągu kilkunastu minut. Nie tracimy więc czasu. Tą samą trasą docieramy do szczytu wulkanu i wchodzimy do krateru. Z góry jezioro wydawało się dużo mniejsze. Jego turkusowe wody pod wpływem chmur i wiatru zmieniają się na granatowoszare. Krótka kontemplacja tego cudu przyrody, wspomagany przez Krzyśka i Łukasza wchodzę do wody. Temperatura powietrza oscyluje w granicach 3 stopni Celsjusza, wody 8 stopni. Przyodziany w półsuchy kombinezon Waterproofa zanurzam się w odmętach Jeziora Słońca. Z góry woda wydawała się być dużo bardziej klarowna, widoczność spada z ok 10 metrów na głębokości 5 metrów do zaledwie 2-3 na 17 metrach. Poruszam się prawie po omacku. Krajobraz poza drobnymi kawałkami skał przypomina ten z mazurskich jezior. Co jakiś czas drogę przecina mi pstrąg. Robi się coraz ciemniej. Szare muliste dno działa przytłaczająco, prawdę mówiąc spodziewałem się czegoś innego..., ale czego?, skoro taka jest właśnie specyfika dna większości jezior wysokogórskich. Moje myśli kłębią się wokół indiańskich legend, krwawych ofiar składnych dla Tlaloca i informacji archeologicznych, które zebrałem przed wyjazdem. W wodach tych kilka lat temu odnaleziono drewniane berło Tlaloca mierzące ponad 120 cm oraz liczne ceramiczne i obsydianowe artefakty o których czytałem w książce opublikowanej przez Wydział Archeologii Podwodnej Narodowego Instytutu Antropologii i Historii Meksyku. Staram się uważnie przyglądać wszystkiemu co nie jest mułem, ale za każdym razem trafiam na kawałek skały. Dziś chyba nie znajdę legendarnego złotego skarbu ukrytego przez Azteków przed samym Cortezem. Zawracam, płynąc już na „luzie”. Po kilku metrach nagle trafiam na coś brunatno- pomarańczowego. Serce zaczyna bić mocnej. Odkopuje znalezisko, które okazuje się być glinianym garnkiem. Staram się delikatnie oczyścić naczynie. W półmroku widać doskonale zachowane rysunki. Garnek ma ok 30 cm długości, białe i zielone kropeczki zdobią jego środkową część i zamkniętą szczelnie pokrywkę. Niestety jest pęknięty. Obracam go delikatnie nie chcąc wzbudzić osadów dennych i naruszyć kruchej konstrukcji. Cieszę się jakbym znalazł garnek pełen azteckiego złota, choć to tylko gliniana pęknięta skorupa. Mój sen o Tlalocu właśnie się ziścił, czuję się tak jakbym odnalazł mityczne naczynie, z którego azteckie bożki wylewają na spragnioną pustynną ziemię życiodajny deszcz. Fotografuję mój skarb i zaznaczam koordynaty. Zajmą się już nim meksykańscy archeolodzy, walczący od lat z rabusiami prekolumbijskich artefaktów. Wychodząc z wody czułem się jak Indiana Jones, który znalazł arkę przymierza. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że „mój skarb” wciągnie mnie w inną historię, pozornie nie związaną z Tlalockiem. Po analizie zdjęć dokonanych przez meksykańskich ekspertów okazało się, że ów garnek to naczynie, które liczy sobie około 200 lat. Tak przynajmniej można sądzić po wzorach. Okazało się, że to niecodzienne znalezisko było wykorzystywane prze wyznawców voodoo...

W jakim celu i dlaczego w jeziorze poświęconym Tlalockowi ? Voodoo to swoisty tygiel religii, który łączy bóstwa czarnej Afryki, religie chrześcijańskie i wierzenia indiańskie. Wyznawcy voodoo zaadoptowali wulkan Xinatecatl, dom boga deszczu i piorunów Tlaloca, do swoich potrzeb. Trzeba dodać, że Tlalock jest naturalnym odpowiednikiem najwyższego z bóstw voodoo - Oguna, nigeryjskiego boga piorunów.

Większości z nas voodoo kojarzy się z amerykańskimi filmami i laleczką nakłuwaną przez szamana. Istnieje jednak starsza forma rzucania złych lub dobrych czarów. To zaklęcie duszy w zbiorniku wodnym przy pomocy glinianego garnka wypełnionego miksturą ziół, siarki oraz miodu.

Nasi przyjaciele z Meksyku zapewnili nas, że voodoo to nie tylko klątwy, to także uzdrawiania i garnek ten służył prawdopodobnie do tego rytuału. Gdyby nawet tak nie było, to znalazca garnka może spać spokojnie, bo klątwa jest precyzyjnie rzucona na konkretną osobę.

Spokojni o przyszłość wyprawy udaliśmy się na południe w stronę kolejnego wulkanicznego jeziora, kryjącego pod powierzchnią wody niezwykle rzadkie zwierzę, którego światowa populacja szacowana jest zaledwie na...500 sztuk.

 

4. Azja
Hongu East

Nasz projekt trwa i w tym roku przyszedł wreszcie czas na podbój himalajskich jezior! Niestety, jak zwykle pojawiają się komplikacje i to już w fazie planowania. Naszym celem pierwotnie było jezioro Ridonglabo, leżące po chińskiej (tybetańskiej) stronie Himalajów. Mimo wielu próśb, nie udaje nam się wymóc na władzach chińskich pozwolenia na nurkowanie w tym akwenie. Chińczycy swoją odmowę argumentują tym, że jest to obszar przygraniczny, a sprzęt do nurkowania jako „militarny” nie może być w tym rejonie używany, no i chcąc nie chcąc musimy szukać innego jeziora w pobliskim Nepalu. Wybór pada na 2 leżące niedaleko siebie akweny Hongu East (5400 m.n.p.m.) oraz Nort Chamlang (5270 m.n.p.m.), które usytuowane są w dolinie Hongu pomiędzy szczytami Makalu i Chamlang kilkanaście kilometrów od Mt. Everestu. Jadąc do Nepalu wiedzieliśmy, że jezioro North Chamlang było badane przez japońskich limnologów pod kątem prawdopodobnej powodzi, która może mieć miejsce gdy morena podtrzymująca jezioro od strony doliny zostanie przerwana pod naporem wody pochodzącej z coraz szybciej topniejących lodowców. Znane były nam również wymiary i głębokość tego jeziora, którą kilka lat temu oszacowano na 60 metrów. (Dzisiaj prawdopodobnie jest już dużo większa) Rozmiary te, pozwalały nam na próbą ustanowienia nowego rekordu świata w głębokości nurkowania w warunkach wysokogórskich. Logistyka tego wyjazdu należała do najtrudniejszych. (Tu ukłony w stronę Marcina Niedziółki z Backpackersclub, który wziął na siebie ten ciężar. Niełatwe miał chłopak z nami życie. Już na samym początku wyprawy, na lotnisku w Kathmandu okazało się, że zaginęły nam sidemounty - uprzęże i worku wypornościowe, bez których nurkowanie nie mogłoby się odbyć. Marcin stawał na rzęsach, żeby sprzęt się odnalazł, a my szukaliśmy alternatywy i …znaleźliśmy. Nie chcąc zawieść jednego z naszych sponsorów postanowiliśmy przeprowadzić nurkowania na starym jackecie, na którym „wyhaftowaliśmy” logotyp xDEEPa. Zginęły nam także kaptury. W warunkach jakich mieliśmy nurkować ich brak uniemożliwiłby nam dłuższe przebywanie pod lodowatą wodą. Chcieliśmy nawet zanurkować w foliowym worku na głowie i podwójnej grubej czapce, która zmniejszyłaby cyrkulację wody, lub też uszyć z cienkiej karimaty kaptur. W obydwu przypadkach nasz wygląd byłby co najmniej komiczny, ale dawał nam przynajmniej szansę na nurkowanie. Na szczęście upór naszego „Jubilera”, – bo taką ksywę otrzymał nasz logistyk Marcin, spowodował , że nasze zguby cudownie odnalazły się na Sri Lance i powróciły do nas z wyspiarskich wakacji. To był dopiero początek przygód. Nepal to cudowne miejsce, co prawda mniej mistyczne niż mi się wcześniej wydawało, ale klimatyczne na swój sposób. Firmy prowadzące biznes w turystyce też są „klimatyczne” na swój sposób. Jedna z nich miała nam dostarczyć butle z powietrzem, standardowo nabite na 200 bar. Butle po wielu perypetiach co prawda nam dostarczono, ale napełnione były tylko do150 bar, co zmuszało nas do zabrania większej ich ilości. O butli z tlenem, który posłużyć miał nam do dekompresji w dalszej części, cierpliwości.

Ale, ale… przed wylotem do Lukli czekały nas jeszcze atrakcje Kathmandu; buddyjskie świątynie, agresywne małpy, namolni handlarze, święte krowy i my snujący się po Thamelu za stadem turystów z całego świata. W Kathmandu upał dawał nam się we znaki, dopiero po wylądowaniu w Lukli mogliśmy odetchnąć pełną piersią. Nie byliśmy tam jednak biernymi obserwatorami życia Nepalczyków. Postanowiliśmy pomóc im trochę przy pracach budowlanych. Okazało się, że mamy spory talent w łupaniu skał. Gdyby w Polsce była taka robota, zastanowiłbym się nad przebranżowieniem.
Ostatnie zakupy i opuszczamy gościnną Luklę. Przed wyjściem na szlak zjadamy jeszcze jajecznicę z cukrem. Nie sądzę, że była to jakaś specyficzna potrawa pożegnalna, tylko pomyłka kucharza, ale smakowało jak na Nepal przystało - egzotycznie.

Wąskie, wijące się raz w dół, raz w górę ścieżki, to obraz, którego nigdy nie zapomnimy, zwłaszcza, że utrwalany był codziennie przez prawie 3 tygodnie. Widok kobiet i dzieci obładowanych bardziej niż juczne zwierzęta, daje do myślenia. Poznajemy prawdziwe, ciężkie życie górali nepalskich. Potworny wysiłek malowany na ich twarzach pozwala nam docenić to, że żyjemy w cywilizowanej Polsce, w kraju ze wszystkimi wygodami, gdzie dzieci mogą chodzić do szkoły i żeby zdobyć coś do jedzenia nie trzeba iść po to 3 dni w jedną stronę. Myślę, że żaden Nepalczyk, gdyby przeniósł się do Polski nie spytał by „jak tu żyć Panie Premierze”… Pomimo tego codziennego trudu na ich twarzach prawie zawsze gości niewymuszony uśmiech. Próbujemy przejąć od nich tę pogoda ducha, której nam brakuje. Pniemy się mozolnie w górę, prawie w ciszy. Towarzyszy nam tylko świergot ptaków i szczekanie psa, który dołączył do naszej karawany w jednej z wiosek. Rododendronowa dżungla z dnia na dzień jest coraz rzadsza, temperatura coraz niższa. Wysokość daje nam się we znaki. Bóle głowy, mdłości i biegunka to proza dnia codziennego. Pies nadal idzie z nami, świergot ptaków zamieniony został na odgłosy krążących nad nami kruków. Codzienny 7-8 godzinny trek traktujemy trochę jak rachunek sumienia. Co my tu robimy? I po co? Fanaberie jakiegoś „białasa” sprawiają , że mikrej postury Szerpowie muszą dźwigać w góry dziesiątki kilogramów naszego żelastwa i to tylko po to, żeby zaspokoić nasze pragnienie przygody. Bardzo współczujemy tym ludziom. Z drugiej jednak strony, gdyby nie tacy jak my nie mieliby pracy. I tak z wyrzutami sumienia i pragnieniem jak najszybszego dotarcia do prawdziwych ośnieżonych Himalajów idziemy krok za krokiem w milczeniu przez 2 tygodnie…ufff.

Wreszcie, są białe szczyty Himalajów, szczeliny lodowe i gruba warstwa śniegu pod butem. Stoimy na przełęczy Mera. Tu nasze drogi się rozchodzą. Żegnamy się z naszymi współtowarzyszami podróży; Wojtkiem zwanym dr Housem, Przemkiem ,występującym pod pseudonimem Gniewko lub w dłuższej wersji Zawisza Czarny i naszym dobrym duchem „Jubilerem”, który w dowodzie widnieje pod imieniem Marcin. Chłopaki w najbliższych dniach zmierzą się ze szczytem Mera. Yeti i ja w towarzystwie 4 tragarzy udajmy się do doliny Hongu, gdzie nieopodal szczytu Chamlang znajdują się nasze jeziora. Nasi tragarze, którzy pełnią również rolę przewodników czują tak samo jak my trudy tej wyprawy. Chcemy zejść jak najniżej do doliny i rozbić obóz nad strumieniem, ale tego dnia nie dajemy rady. Zapewniani przez przewodnika, że jesteśmy już niedaleko jeziora kładziemy się spać w kamienno-foliowej chacie.

Kolejny dzień zaczyna się nieciekawie. O 6 rano niebo powinno być bezchmurne a jest ołowiane, to nie wróży najlepiej. Przewodnik zapewnia nas, że dziś staniemy nad brzegiem jeziora. Marsz wzdłuż doliny Hongu mocno się wydłuża. Chmury wiszą bardzo nisko, nie widać okolicznych wierzchołków gór. Po paru godzinach Yeti ma już poważne wątpliwości, czy droga która wybrali tragarze jest dobra. Słyszymy zapewnienia; jeszcze godzina, jeszcze 2…Po całodziennym marszu rozbijamy obóz i na własną rękę idziemy na poszukiwania. Niestety bez skutku. To wielkie góry i jest dość wysoko, ponad 5500. Zbici jak Szwedzi pod Kircholmem wracamy do namiotu. Po jakimś czasie iskierka nadziei. Jeden z tragarzy wrócił z informacją, że wie gdzie są 2 poszukiwane przez nas jeziora. Straciliśmy już 2 z 4 dni przeznaczonych na nurkowania. Jutro nasza ostatnia szansa. Jeżeli pozostaniemy tu dłużej nie zdążymy na samolot.

East Hongu i North Chamlang są naszym celem, ale odległość między nimi uniemożliwia nam nurkowanie w obydwóch w czasie, który nam pozostał. Jedno usytuowane jest na wysokości 5400 i ma nieznaną głębokość, drugie na 5270 i ma na pewno 60 metrów głębokości. Wybieramy to głębsze, łudząc się, że uda nam się głęboko zanurkować i że, woda będzie w nim bardziej klarowna niż w tym teoretycznie płytszym. Czwarty, ostatni dzień. Pobudka o 5, nieprzespana noc, wiatr i silny mróz nie obniżył jednak naszego morale. Według przewodnika miała być godzinka solidnego treku do jeziora, było tych godzinek znacznie więcej, przy coraz gorszej pogodzie. Około południa dostrzegamy skutą lodem taflę jeziora. Kolejne 2 godzinki i jesteśmy na dole masakrycznie wyczerpani.
Po paru chwilach odpoczynku przygotowujemy sprzęt, kujemy przerębel. Uwierzcie, na wysokości ponad 5000 metrów, kucie lodu to mega wyzwanie, a jak lód ma pół metra grubości to zaczyna robić się niewesoło…W tym samym czasie Yeti podłącza automat do butli z tlenem i nagle odkrywa, że ten „bezwonny” tlen śmierdzi jak spaliny spod syrenki. Jesteśmy podłamani. Szybka narada i zmieniamy profil nurkowy na nurkowanie bezdekompresyjne. Nie znamy jeszcze warunków pod lodem. Udaje nam się wykuć otwór kilka metrów od brzegu, gdzie tafle lodu nakładały się na siebie i lód był bardziej kruchy.

Yeti jak nie przymierzając sam Jacyków pomaga mi ubrać się nowiusieńki suchacz Northen Divera – divemaster i przecudnej urody sidemount xdeepa. Pod spód obowiązkowo komplet termoaktywny Odlo, w rączkę berło w postaci lampy seamonster i można świat doganiać! Gdyby nie ta pogoda i wysokość czułbym się jak na wybiegu w Mediolanie. A tu niestety trzeba do otworu się wślizgnąć. Stwierdzam z przykrością, że woda jest mleczno-zielona i chyba bardziej mleczna niż zielona. Niby normalka w jeziorach górskich. Woda z topniejących lodowców ma właśnie taki kolor, a to jezioro jest jednym z najszybciej powiększających się akwenów polodowcowych w Nepalu.

Przezroczystość wody nie jest większa niż 10 cm, do tego półmetrowy lód pokryty śniegiem. Super warunki ?.
Yeti przywiązuje mnie do linki na kołowrotku. Umawiamy się, że w połowie liny da mi znać, żebym zawrócił. No to chlup. Ciemno. Płynę z wyciągniętą ręką, żeby przypadkowy kamień, których jest tu od grona nie rozbił mi maski. O dziwo te długie chwile upływają mi bardzo szybko, może dlatego, że co chwila muszę patrzeć na palce przyklejone do maski, bo błędnik mi szaleje nie mogąc znaleźć punktu odniesienia i mam zawroty głowy. Atrakcję zapewnia mi też bomblujący automat i to nie ten, z którego akurat oddycham. Dobrze, że mam tego sidemounta, bo z dwinem musiałbym się nieźle gimnastykować, żeby go zakręcić. Co chwila próbuję zerkać na komputer jest przeszło 30 metrów głębokości. Uśmiecham się pod wąsem ( nie goliłem się przez 2 tygodnie). Po chwili mój kreator podwodnej mody mnie wzywa. ( Po powrocie do Polski powiedział mi, że to były najbardziej nerwowe chwile w jego życiu i dlatego tak ładnie osiwiał). Nawet gdybym nie chciał to i tak muszę wracać. Yeti zwija mnie jak wędkarz rybę. Wynurzam się z prędkością ok. 4 metrów na minutę. Wracam po swoim śladzie, nie widząc różnicy w przezroczystości wody.

Pod wodą strasznie zmarzły mi dłonie, tak mi się przynajmniej wydawało dopóki nie wyszedłem na powierzchnie. Potworny chłód potęgowany przez porywisty wiatr błyskawicznie powleka lodem skafander i uprząż. Yeti pomaga mi się uwolnić z tego pancerza i uciekamy do naszego obozu. Mamy wątpliwości, czy komputer pokazując 36 metrów głębokości nie oszukał nas. Nasi tragarze mają wątpliwości gdzie jest nasz obóz…

Dwa dni później w jeziorze Sabai leżącym na wysokości ok 4500 m Yeti przeprowadza test tego komputera, sprawdzając odczyt z faktyczną głębokością. Komputer działał prawidłowo. Jesteśmy bardzo zadowoleni. Głębokość 36 metrów na wysokości 5270 m to nowy rekord świata. Warto dodać, że poprzedni rekord głębokości też należał do Polaków. W 2007 r w nepalskim jeziorze Tilicho (4919 m.n.p.m.) grupa nurków pod kierownictwem Jana Kwiatonia, pobiła rosyjski rekord głębokości schodząc na 30 metrów.

Jezioro Sabai, w którym nurkował Yeti to szczególny akwen. Szybko topniejące lodowce, przyczyniają się do powstawania zielonkawych jezior, które w zestawieniu z ośnieżonymi górami stanowią sielankowy krajobraz. Złudny to niestety obrazek. W 1998 roku pod naporem wody doszło tu do przerwania moreny i powodzi, która zalała okoliczne wioski Tangnag i Khote, niestety nie obyło się bez ofiar. Jeszcze dziś idąc śladem rozpędzonej wody widać szeroki pas olbrzymich głazów naniesionych przez żywioł.

Jezioro North Chamlang, to kolejny potencjalny zabójca. Limnolodzy uważają, że należy do najniebezpieczniejszych jezior w Nepalu, a jego morena może „eksplodować” w każdej chwili osłabiona dodatkowo przez częste trzęsienia ziemi.
Przechodząc przez przełęcz Zatrwa żegnamy się już z wysokimi górami. Tego samego dnia docieramy do Lukli i tu oczekujemy na poprawę pogody. Samoloty nie mogą wystartować. Ten przymusowy urlop traktujmy bardzo kulinarnie. Straciliśmy po 10 kg wagi. Ja do grubasów wprawdzie nigdy nie należałem, lecz chłop o wzroście 188 i wadze 68 kg to opłakany widok, nawet w Nepalu. Nasze rozmowy nie dotyczą analizy nurkowania ani planów nowych wypraw tylko kotletów. Nie możemy doczekać się któregoś z przydrożnych barów w Polsce i zapachu polskiego chleba. W Kathmandu czekała nas jeszcze jedna przygoda, podobna nieco do gonitwy byków, którą przeżyłem w Pampelunie. Dosyć niespodziewanie demonstracje polityczne Nepalczyków, przeniosły się do Thamelu, dzielnicy kramów i turystycznych hoteli w której mieszkaliśmy. Pomimo pokojowego nastawiania większości Nepalczyków do turystów, rozwścieczony tłum próbował rozbijać sklepowe witryny, zmuszając sklepikarzy i turystów do ucieczki. Będąc w samym centrum tych wydarzeń, niczym wojskowi niemieccy stratedzy, postanowiliśmy również wycofać się z tej części dzielnicy na „z góry upatrzone pozycje”. Kolejnego dnia już w drodze na lotnisko mieliśmy jeszcze okazje obserwować zbierający się tłum i wymachujących trójkątną nepalską flagą opozycjonistów tutejszego rządu.

Nasza podróż dowidzi, że marzenia się spełniają. Nawet te dość abstrakcyjne jak nurkowanie w Himalajach. Dzisiaj już nie rozmawiamy o kotletach, tylko o kolejnej ekspedycji. Projekt „Korona Jezior Ziemi” na pewno będziemy kontynuowali. Może niedługo odwiedzimy Ziemię Ognistą i Antarktydę ?

Pozdrawiamy serdecznie wszystkich ciekawskich globtroterów, miłośników gór i podwodnego świata. Do zobaczenia na szlaku !

Dziękujemy naszym współtowarzyszą podróży w szczególności Marcinowi Niedziółce za dobrą organizację i humor, naszym sponsorom oraz ludziom ze świata nurkowego, którzy wspierali nas dobrym słowem i cennymi wskazówkami.

 

NASZE
PLANY

Planowane wyprawy

Celem projektu jest wspinaczka i przeprowadzenie serii nurkowań w najwyżej położonych jeziorach na naszej planecie na każdym z siedmiu kontynentów.

 

Zobacz nasz folder
wersja (PL)  wersja (EN)

Odwiedź nas na:

facebook youtube